Zaczęłam fragmentem wiersza Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, bo akurat minął już miesiąc (w zasadzie ponad, ale okresu świątecznego nie liczę) od kiedy nie pracuję na etacie. Ale dalsza jego część nie pasuje wcale, bo nie jestem ani bledsza, ani śpiąca, ani tym bardziej milcząca. Zwłaszcza z tym spaniem to bzdura, o czym opowiem za chwilę. Prawda jest taka, że póki co widzę (prawie) same pozytywy!
I chociaż początki były trudne, bo nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo potrzebna mi była zewnętrznie narzucona rutyna, minęło wystarczająco dużo czasu, żebym mogła zobaczyć konkretne efekty. Z tą rutyną to nie żartuję – okazało się, że bez etatu i klientów wiszących nad głową wcale nie jest tak łatwo się zorganizować. Zwłaszcza przy moim ADHD. Dlatego pierwszą sesję z moją terapeutką w 2025 poświęciłam na zaakceptowanie tego momentu przejścia do zupełnie nowego etapu (pierwszy raz od czasów dziecięcych!).
Kiedy już wstępnie się z tym uporałam, mogę wreszcie skupić się na tym, jak tę zmianę odczuły moje ciało i umysł. A zmiana jest POTĘŻNA!
- Bardziej się wysypiam: Nie wiem, czy jest to kwestia mniejszej ilości bodźców, które mnie atakują każdego dnia, czy tego, że faktycznie śpię tyle, ile potrzebuję (bo nikt nie budzi mnie na pilnego calla o 9:00 rano). Ale fakt jest taki, że przestałam odczuwać potrzebę popołudniowej drzemki, a wcześniej zdarzało mi się to właściwie codziennie. Z tym wiąże się też kolejny punkt, czyli…
- Mam więcej energii: Już po dwóch tygodniach bez etatu zauważyłam bardzo niepokojący u mnie objaw, jakim jest… ochota na bieganie. Serio, z osoby, która kocha każdą aktywność poza bieganiem, nagle zaczęłam wychodzić na krótkie przebieżki sama z siebie. Bo miałam na to energię w ciągu dnia! I nadal mam, ale znowu zrobiło się zimno. 😉
- Jestem bardziej zrelaksowana: Choć oczywiście zdarzają mi się gorsze momenty (związane z lękiem o finanse), moje ADHD bardzo sobie chwali mniejszą ilość bodźców w ciągu dnia. Już samo to, że rano – no dobra, przed południem – mam czas na spokojne wypicie wody, zrobienie jogi i wyciągnięcie karty na dany dzień, daje mi bardzo dużo. Na etacie wstawałam i od razu włączałam kompa, a czasem od razu wskakiwałam na jakiegoś calla i w efekcie już w południe byłam zestresowana i zmęczona.
- Przestawił mi się zegar biologiczny: To jest ciekawa historia! Już jakiś czas temu widziałam, że coraz bliżej mi do „sowy”, ale etat wymagał walczenia z tym. Gdy odeszłam, założyłam sobie, że nie będę pracować wieczorami i na początku byłam zła na siebie, że jednak to robię. Ale moja terapeutka uświadomiła mi, że być może wcale nie potrzebuję odkładać laptopa o 18:00, skoro zaczynam dzień później i mam energię aż do nocy! A to moje pragnienie wynikało wyłącznie z tego, że pracując na etacie, wieczorami byłam wykończona i nie miałam na nic siły.
- Mniej się porównuję = moja pewność siebie wzrosła: Prawda jest taka, że z moim mocnym Lwem, bardzo ciężko mi było się NIE porównywać w tej mojej korpo pracy. Im więcej było osób w zespole, tym większa konkurencja do awansu – i to bez względu na gadanie managerów, że to nie ma znaczenia. Zwyczajnie, coraz trudniej było się wyróżnić. Czuję się znacznie lepiej z myślą, że jedyną osobą, która teraz ocenia moją pracę jestem JA SAMA.
- Odczuwam lęk związany z brakiem bezpieczeństwa finansowego: Nie będę udawać, że tak nie jest. Jest to coś, czego nie da się uniknąć przechodząc „na swoje” i także przyczyna, dla której tak niewiele osób się na to decyduje. I chociaż żywioł ziemi nie jest u mnie dominujący, czasem daje o sobie znać, kiedy pomyślę, że kolejnej wypłaty nie będzie. Staram się jednak kontrolować te emocje i w głębi duszy wiem, że wszystko się ułoży na moją korzyść.
Przede wszystkim daję sobie teraz dużo miłości i akceptacji wszystkiego, co przychodzi. Są dni, kiedy przeżywam cały rollercoaster emocji w ciągu ledwie paru godzin! Wiem jednak, że to jest tego warte i nie chcę wracać na etat już nigdy. Zyskałam poczucie sensu, którego tak bardzo mi brakowało, a każda zadowolona klientka tylko mnie w tym utwierdza.
Podsumowując: jestem w bardzo specyficznym okresie przejściowym i odczuwam przeróżne emocje. Daję sobie na to przestrzeń, bo wiem, że wszystko to dzieje się na moją korzyść. Zwłaszcza, że już teraz jestem spokojniejsza, silniejsza i bardziej kreatywna.
Widać można żyć bez etatu.
P.S. A jeśli chcesz mnie wesprzeć na tej mojej nowej drodze i przy okazji uzyskać wskazówki co do Twojego potencjału i misji życiowej, sprawdź moją ofertę – gwarantuję, że znajdziesz tam coś dla siebie! 😉